„Chudy Wawrzyniec”, czyli dlaczego nie mogliśmy nie wystartować

 

Po pokonaniu trasy „Biegu Rzeźnika”, uznawanego za najtrudniejszy bieg górski w Polsce, zdawało się, że biegacze z „Chyżego” nie mają większych i ciekawszych wyzwań ultramaratońskich. Jednak głód uczestnictwa w biegach trudnych i jeszcze trudniejszych okazał się silniejszy. Z zaciekawieniem przyjęliśmy informację, że w sierpniu w Beskidzie Żywieckim po raz pierwszy zostanie rozegrany „Chudy Wawrzyniec” – nowy górski ultramaraton. Biegacz na szlaku podejmuje decyzję, czy biegnie dystans 50+ czy też 80+. Swoją drogą, dopiero w trakcie odprawy przed biegiem okazało się, ile owe plusy wynoszą.

Trasa 50+ to w sumie 52 kilometry, a 80+ to ok. 87 km do przebiegnięcia.

Pierwszy „Chudy Wawrzyniec” zaskoczył kilka razy. Wariant 50+ okazał się dystansem dość łatwym do pokonania nawet przez zwykłych biegaczy czy truchtaczy. Obydwa warianty należało pokonać w 16 godzin- taki był limit czasu i ani minuty więcej. Zaskoczyła niewątpliwie pogoda, która zmieniła spokojne i piękne trasy Beskidu Żywieckiego w gliniaste i grząskie szlaki utrudniające bieg, a nawet chodzenie. Lało, z niewielkimi przerwami, od pierwszej minuty biegu aż do ostatniej.

Na obie trasy wystartowało dwóch „Chyżaków”.


TRASA 50+ ( sprawozdanie Andrzeja )

Start wspólny dla obu tras miał miejsce przed amfiteatrem w Rajczy w sobotę 11 sierpnia o godzinie 4.00. Aż do 41 kilometra ( do szczytu Wielkiej Rycerzowej ) biegliśmy razem. Żeby móc poznać smak tego górskiego biegu należało w pierwszej kolejności przebiec w ciemnościach pierwszy dziesięciokilometrowy odcinek z centrum  Rajczy ( 500 m npm ) na wierzchołek Rachowca (954 m npm ) i zmieścić się w limicie 2 godzin. Na szczycie zaskoczyła nas para wielkich saren, która zdezorientowana przebiegła w poprzek kawalkady biegaczy.

Później, łagodnym zbiegiem, czerwonym szlakiem granicznym, mijaliśmy przysiółki Zwardonia. Oczywiście każdy miał świadomość, że gdy się zbiega do poziomu ok.750 metrów npm, to za chwilę znowu trzeba będzie mozolnie wspinać się w górę. Następnym wyzwaniem było dość strome, dwustumetrowe podejście pod szczyt Kikuli. Po minięciu Kikuli rozpoczęliśmy kolejny zbieg, by łagodnym zboczem obiec wierzchołek Wielkiego Przysłopu i po raz kolejny mozolnie wspiąć się na szczyt Wielkiej Raczy.

Wielka Racza ( 1236 m npm ) jest najwyższym szczytem Beskidu Żywieckiego. Niektórzy z biegaczy skorzystali z możliwości, jakie dawało schronisko na Wielkiej Raczy i z przyjemnością zabrali się za wypicie gorącej herbaty lub kawy. Część biegaczy, nie tracąc czasu, pobiegła dalej. Dobiegłem do Wielkiej Raczy ok. 8.45 i po szybkim zakupie wody też pobiegłem dalej. Tam też spokojny deszcz zamienił się w rzęsistą ulewę i tak już zostało do końca mojej przygody z trasą 50+.

Odcinek z Wielkiej Raczy do Przegibka jest bardzo malowniczy, ale niewiele z tego można było dostrzec w gęstniejącej ulewie. Przed schroniskiem na Przegibku był kolejny stały punkt pomiaru czasu i bufet. Większość skorzystała z możliwości spałaszowania drożdżówki – jagodzianki, kilku ciasteczek, rodzynek, czy też bananów, a przede wszystkim z kilku łyków gorącej herbaty. Aż nie chciało się wyjść spod bezpiecznego, suchego daszka nad werandą domu ( gdzie był urządzony bufet ) i znowu brodzić w gliniastej mazi, w potoczkach, w które zamieniały się odcinki szlaku. Nie było jednak wyjścia – „Chudy Wawrzyniec” wzywał nas do dalszej walki.

Odcinek spod schroniska na Przegibku aż do szczytu Wielkiej Rycerzowej ( 1226 m npm ) był czasem podejmowania decyzji o tym, czy wybieramy trasę 50+, czy też biegniemy wariantem 87 kilometrowym. Wybrałem krótszą trasę. Na Wielkiej Rycerzowej na punkcie kontrolnym szybko rzuciłem, że biegnę wariant 50+  i dostałem brązową gumową opaskę na przegub ręki i zacząłem zbiegać na metę do Ujsołów. Trasa ta miała jednak „haczyk”. Należało najpierw w kilku etapach wdrapać się lub wbiec na szczyt Muńcoła ( 1165 m npm ). Potem już było tylko z górki. Wśród mokrych wysokich traw w chłodzącym deszczu po 8 godzinach i 42 minutach dobiegłem do mety w Ujsołach. Na mojej szyi zawisł upragniony medal.

 

TRASA 80+ (sprawozdanie Ryszarda)

Oznaczona kolorem niebieskim, równie piękna, choć o wiele bardziej dzika i najeżona utrudnieniami, które w normalnych okolicznościach nie sprawiałyby aż tylu problemów.  Długotrwałe opady zamieniły strome, choć niezbyt długie podejścia w „ściany płaczu”. Pierwsza próba na odporność miała miejsce podczas forsowania podejścia na szczyt Oszusta. Stromo wznoszące się, ociekające gliną, pozbawione kamieni  zbocze wydawało się nie mieć końca…

Trasa w dalszym ciągu prowadziła wzdłuż granicy ze Słowacją, a jedynymi punktami orientacyjnym przez znaczną jej część były słupki graniczne. W momencie kiedy „podstępnie’ skręciła w lewo, wielu biegaczy wybierało kierunek na wprost i tylko od tego, jak szybko się zorientowali,  zależało jak duży był „bonus”. Liczne, powalone drzewa, płynąca ścieżkami woda, podtopione łączki i dotkliwe zimno (ok. 8st C) stwarzały niepowtarzalną scenerię i atmosferę tej imprezy.  Mroczność, spowitych powstającą mgłą lasów, przywodziła na myśl baśnie braci Grimm.

Wróćmy jednak na trasę, gdzie na skrzyżowaniu „naszej” trasy biegowej z drogą ze słowackiego Novotu do Ujsoł czekał na biegaczy punkt odżywczy i zarazem kontrolny oznaczony numerem 6 z wyznaczonym limitem 12 h. Najwyraźniej był on przygotowany z myślą o upalnej pogodzie, gdyż stoły uginały się pod ciężarem piwa (bezalkoholowego) i wody mineralnej. Były również kanapki, ciastka, owoce i czekolada. Niektórzy biegacze zniechęceni trudnymi warunkami i pomyłkami na trasie, w tym miejscu podejmowali decyzję o rezygnacji z dalszego udziału w imprezie.

Ci, którzy zdecydowali się kontynuować bieg, po kilku jeszcze podejściach (Krawców Wierch, Wielki Groń, Wilczy Groń) i minięciu schroniska PTTK na Hali Lipowskiej (można było wstąpić na herbatę z prądem) do mety mieli już z górki, jednak niewielu naprawdę biegło. Po przedarciu się bardzo wąską, przeciskającą się przez krzaki ścieżką (szlak czarny) oczom ukazały się zabudowania Ujsoł. Jeszcze łączka, wąskie uliczki, plac tartaku, kładka na Białej Sole i oklaski przemiłych dziewcząt na mecie. Uff… to był ciężki dzień. Mimo to wrócimy tam jeszcze w liczniejszej grupie.

Andrzej

Ryszard

 

foto relacja

 



Komentarze zablokowane.